Moja egzystencja na pierwszy rzut oka nie wydaje się być zbyt interesująca, w sumie to nawet nie pragnę udawać, że tak jest, jednak... Gdyby nie szereg niefortunnych zdarzeń mających swój początek w zeszłym roku szkolnym, z dłonią na sercu mogłabym powiedzieć, że moje życie jest nad wyraz nudne i pozbawione jakiegokolwiek dreszczyku emocji. Mogłabym i w sumie po przeżyciu tego wszystkiego, jestem pewna, że taki stan rzeczy usatysfakcjonował by mnie w zupełności. Skoro tak było by lepiej, to dlaczego tak się nie stało i wszystko musiało przyjąć diametralnie różny od tego zbieg wydarzeń.
Związku z chronieniem danych osobowych i innych tego typu informacji udajmy, że miał na imię Mateusz. Nie jest to co prawda jego imię, ale jakoś bardzo je lubię i mam z nim dużo miłych wspomnień. Więc nasz, to znaczy "trochę mój" Mateusz nagle wtargnął ze swoimi rozwiązanymi buciorami w moje życie. Dlaczego pojawił się w nim dopiero teraz...? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, mimo że znałam go już dobre trzy lata dopiero w tedy po feriach zimowych zwróciłam na niego uwagę (może powodem tego był nasz wcześniejszy brak rozmów i tego, że w sumie nic o sobie nie wiedzieliśmy, czasami na korytarzu mówiliśmy sobie cześć, a dla mnie był jedynie chłopakiem z zajęć kółka teatralnego, który zawsze na próbach czytał jakąś książkę, a na dyskotekę przyszedł z "Eragonem").
Jednak wtedy po feriach wszystko się zmieniło. Na przerwach zaczęłam rozglądać się za nim. Patrząc na całe to wydarzenie z perspektywy tych kilku miesięcy mam wrażenie, iż można by to nazwać nawet chorą obsesją. Przyglądałam mu się, a każdy choćby najmniejszy znak tego, że mnie zauważył przyjmowałam z chórkiem małych cherubinków w tle. Pikawa razem z innymi czerwonymi bebechami podlatywała mi do sufitu i tam unosiła się przez jakiś czas do momentu gdy nie uznawałam to za mega głupie i nie wracało na swoje miejsce. Cała ta sielanka trwała może z pięć miesięcy... W tym czasie człowiek potrafi całkiem znośnie poznać drugiego człowieka. Odczuwać wiele emocji związanych z zachowaniem owej persony od mordu w oczach gdy rozmawiała z jakąś inną dziewczyną, na nieopisaną radość gdy ową niewiastą okazywała się moja osoba. Mogłabym nadal żyć w takim to błogim świecie z aniołkami, gwiazdkami i całą resztą otaczających mnie sparkli gdyby nie moja własna głupota, Budapeszt i otaczająca wszystkich głupawka, sprawnie wyłączająca u wszystkich racjonalne myślenie i zdrowy rozsądek, który udawał się w końcu na zasłużony odpoczynek. Doszło wtedy do mojego wielkiego i zarazem mega głupiego wyznania, które po upływie całej nocy, paru godzin na Dworcu Głównym w Warszawie i godziny drogi w stronę mego rodzinnego miasta skończyło się krótkim "nie, sorry". O wielkiej, mega wielkiej niedojrzałości takiej odpowiedzi napisałam już kiedyś notkę, w której porównywałam Mateusza do skończonego Trzylatka, który na pytanie "czy chce ciastko?" odpowiada "nie, dzięki.".
W tym momencie chciałabym skończyć tę historię, powiedzieć, że przez następne kilka miesięcy zapomniałam, znalazłam sobie kogoś innego, ale tak nie było. W sumie to to wydarzenie było dopiero początkiem całego łańcuchu wydarzeń dziwnych i dziwniejszych, które miał miejsce potem.